poniedziałek, 2 marca 2015

Poradnik pisania - ćwiczenie 1

Bez wstępu, bez niczego zapraszam was do oglądania moich ćwiczeń w pisaniu. A jednak coś tu będzie. Jeżeli i wy chcielibyście dołączyć do mnie w tej wspaniałej podróży zapraszam serdecznie na stronę www.spisekpisarzy.pl mają wiele pożytecznych poradników i fajne teksty. (Nie, nie sponsorują mnie. #sadness )

Ja zacznę od początku.
----

http://spisekpisarzy.pl/2013/12/kluczem-do-doskonalenia.html
"Trwa bitwa, ludzie umierają, krwawią, cierpią. Każdej sekundy ktoś zwycięża, a ktoś inny traci życie. Twój bohater jest w samym środku, otoczony przez wrogów. Dlaczego tam się znalazł? O co walczy i z kim? Czy ktoś mu pomaga, czy jest zupełnie samotny? To sprawa osobista czy interes? Zabija dla ideałów czy z konieczności? Co czuje, co widzi i słyszy? No i wreszcie – ma szanse wyjść z tego cało, czy zginie?"

Czułam że to koniec. W końcu musiał nastąpić, chociaż szczerze nie sądziłam że tak szybko. Klęczałam na kolanach z rękoma na karku. Patrzyłam na swoich przeciwników spode łba. Nie dość że zabrali mi broń to i jeszcze honor. Gdyby nie ta wojna pomiędzy Niebem a Piekłem na pewno bym się tu nie znalazła. A Michał mówił że wygramy, że będzie fajnie, ta na pewno. Pewnie teraz sam leży pod jakimś stosem trupów, głupiec. I w sumie to wina Lucyfera, cham chciał przejąć władzę nad Niebem bo ma kompleks bycia małym. Szczerze miałam nadzieje że i on leży martwy. Walczyliśmy o wolność, o taką jaką Pan nam dał. Nie chcieliśmy konfliktu, nawet Gabriel zaczął się zwierzać z tego jak się czuł podczas dnia wygnania Gwiazdy Zarannej. Ale wtedy do Nieba wparowały wojska Piekielne. Do wszystkich siedmiu kręgów i w jednym momencie wszystko stanęło w płomieniach. Czy byliśmy na to gotowi? Oczywiście że nie. Lucyfer nas wszystkich zaskoczył. Ale nie mieliśmy w planach się poddawać, tego na pewno nie. Złapaliśmy co było w zasięgu ręki i wyszliśmy na ulicę, niczym jakaś protestująca grupa. Nie było nas wielu bo większość aniołów była na służbie na Ziemi. A teraz jest nas jeszcze mniej. Wiele ciał leżało na ziemi, wszędzie była czerwień. I ja miałam za moment do nich dołączyć. Już czułam to zimne ostrze pomiędzy skrzydłami. Instynktownie zacisnęłam oczy. W myślach zaczęłam przepraszać wszystkich których kiedykolwiek i jakkolwiek uraziłam. Już słyszałam zamachnięcie i... głuche stuknięcie ciała o podłoże. Zmarszczyłam czoło, co się właśnie stało? Czy ktoś właśnie uratował mi tyłek? Czy może to inny morderca który ma jakieś prywatne porachunki ze mną? O na rany Chrystusa. Nie miałam odwagi spojrzeć. 
Chwila niepewności i strachu trwała chyba wieczność a skończyła się dopiero gdy ktoś dotknął mojego ramienia.
- Możesz już wstać. - powiedział miękko. - Nie wstaną, są martwi. - to był na pewno mężczyzna.
Spojrzałam na niego i zakręciło mi się w głowie choć klęczałam. Sam Lucyfer tam stał. Podał mi rękę z kamiennym wyrazem twarzy. Niezbyt wiedząc co mam zrobić, przyjęłam pomoc we wstaniu.
- Dziękuję... - wydukałam nadal w szoku. Na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Zaraz po tym podał mi miecz.
- Trzymaj, przyda Ci się. -
Przytaknęłam jedynie i zobaczyłam jak rozwija swoje wielkie granatowe skrzydła i odlatuje.
- Nie taki diabeł straszny jak go malują... - mruknęłam pod nosem a zaraz po tym ruszyłam do boju. 

-----

Nie wiem, to coś na górze jest chaotyczne. Chętnie jednak się dowiem co o tym sądzicie. (Zostawiajcie komentarze, nie gryzą, ja też nie C": ) 


1 komentarz:

  1. Jak dla mnie supi. Tylko mam nadzieję że Meredith dożyje spokojnej starości. If you know what I mean. *porozumiewawcze spojrzenie*

    OdpowiedzUsuń